Homilie

Kazanie Pasyjne V – Śmierć

Kazanie Pasyjne. V – Śmierć

Przed nami ostatnie wydarzenie Męki Pana Jezusa – Jego śmierć na krzyżu. Wiemy że nastąpiło to w piątek, przed żydowskim szabatem, około godziny 15:00. Nie znamy co prawda dokładnej daty, ale najprawdopodobniej było to 3 kwietnia 33r.

Gdy Jezus dotarł na Golgotę, było samo południe, Jezusa obdarto z szat, zamiast których założono Mu szeroką przepaskę na biodra. Belkę, którą przy pomocy Szymona niósł Jezus położono na ziemi, następnie próbowano dopasować do niej rozłożone ramiona. Podczas przybijania do krzyża, gwoździe wbito nie w dłoniach, jak to jest często przedstawiane, a w nadgarstkach – tylko wtedy mogły ciężar wiszącego ciała. Były to długie, o kwadratowym przekroju gwoździe rzymskie. Przy takim przybiciu przebijany był nerw, co wywoływało ogromny, przenikający ból nie tylko ręki, ale też barku i szyi. W tym momencie też następował skurcz kciuków, co tłumaczy brak ich odbicia na całunie. Po przybiciu rąk, belkę poprzeczną zawieszono na palu, który już wcześniej był przygotowany i przystąpiono do przybicia stóp. Lewą stopę umieszczono na prawej i przybito razem, jednym gwoździem o długości co najmniej 20cm. Żeby to było możliwe, kaci musieli zwichnąć Jezusowi stopę w stawie skokowym. Pod stopami nie było kawałka drewna, stopy były przygwożdżone bezpośrednio do drzewa krzyża.

Wisząc na krzyżu, Pan Jezus co pewien czas unosił się i naprężał, aby nabrać powietrza. Prawdopodobnie starał się utrzymać w pozycji uniesienia jak najdłużej, by móc oddychać, ale ból
i wyczerpanie zmuszały Go do ponownego opadnięcia. Ten rytm unoszenia się i opadania na przybitych gwoździami do krzyża rękach i nogach trwał około trzech godzin. W miarę upływu czasu, ta czynność stawała się coraz trudniejsza. Na skutek utraty krwi nerki przestawały pracować, co powodowało odwodnienie, a co za tym idzie, wielkie pragnienie. Ewangelie potwierdzają ten fakt medyczny – jednym z ostatnich słów Pana Jezusa było: Pragnę.

Śmierć skazanych na ukrzyżowanie była wyczekiwana, ale nie przychodziła szybko. Tę karę tak przemyślano, by umieranie trwało długo i boleśnie. W przypadku Jezusa trwała 3 godziny, natomiast u niektórych trwało to nawet kilkanaście godzin. Według ekspertów, którzy analizowali  ślady pozostawione na całunie, bezpośrednią przyczyną śmierci Pana Jezusa było pęknięcie mięśnia sercowego na skutek zawału. Jezusowi pękło serce. Dzisiaj się mówi, że komuś, kto przeżył zawód miłosny, pękło serce. Jezusowi faktycznie pękło serce z miłości. Z miłości do nas, do ciebie. Umarł w pełnej świadomości, choć przy skrajnym wyczerpaniu, do końca wiedząc za kogo umiera.

W księdze Izajasza mamy tzw. Pieśń Sługi Jahwe, która od zawsze jest pojmowana jako pieśń Mesjasza. Jest tam fragment, który niedawno czytaliśmy w kościele: Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie. I w tym momencie czytanie się kończyło. A szkoda, bo w dalszej części Sługa Jahwe mówi: Oto wyryłem cię na obu dłoniach,
co św. Antoni z Padwy odnosił do Chrystusowych ran na krzyżu. Mówi, że w momencie krzyżowania Jezus wyrył własną krwią imię każdego z nas na swoich dłoniach. W Jego ranach możemy zobaczyć samych siebie. I to jest coś, z czego nawet po zmartwychwstaniu nie rezygnuje. Ukazuje się swoim uczniom w ciele nowym, uwielbionym, tak że na początku wzięli Go za ducha, ale to właśnie po ranach rozpoznali, że jest to ten sam Jezus Chrystus, który parę dni wcześniej oddał życie.

To jest kolejna kwestia – Jezus oddał swoje życie. Oddał. Sam o tym powiedział: Ja życie moje oddaję, aby je znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Wydawać by się mogło, że Jezus w chwili śmierci jest największym przegranym – właśnie został zdradzony przez swojego ucznia, skazany przez tłum, który wcześniej witał Go jak króla, zabity najbardziej haniebną śmiercią jaką wówczas znano. A jednak jest On największym zwycięzcą, bo to właśnie w godzinie śmierci Jezus oddając swoje życie wygrywa nasze zbawienie, otwierając nam bramy nieba.

Zauważcie, że wisząc na krzyżu Jezus modlił się za swoich katów: Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą co czynią. Tylko czy faktycznie wstawiał się tylko za tymi, którzy go wtedy przybijali? Jest taka piękna piosenka:

To nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech.
To nie gwoździe Cię trzymały lecz mój grzech.
Choć tak dawno to się stało, widziałeś mnie!

Jezus wtedy na krzyżu umarł za każdego z nas. Widział każdego z nas, widział nasze grzechy.
I widząc to wszystko woła: Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą co czynią! Wstawiał się więc nie tylko za tych, którzy tam wtedy stali, ale też za nami. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że ile razy grzeszymy, wydajemy na siebie wyrok śmierci. Tyle że tę karę Jezus już wziął na siebie, już nas z niej wykupił.
I to nie znaczy, że teraz możesz już grzeszyć ile chcesz, przeciwnie! Patrząc na tą wielką miłość Chrystusa, powinniśmy wreszcie przestać grzeszyć. Wiadomo, że doskonali nigdy nie będziemy, wiadomo, że co jakiś czas każdy z nas chcąc nie chcąc zawala, popełnia kolejny grzech, wchodzi bardziej lub mniej w zło, do którego kusi nas szatan. Ale chodzi o to, aby z grzechem faktycznie zacząć walczyć. To jest tak jak z terrorystami – z grzechem się nie negocjuje.

Św. Paweł w liście do hebrajczyków napisał: Jeszcze nie opieraliście się aż do przelewu krwi, walcząc przeciw grzechowi. Walczył ktoś z was tak kiedyś z grzechem, że się łzy lały? Że w głowie już myśleliście że nie wytrzymacie, a jednak daliście radę? To jest jak bieg maratoński gdzie w połowie wydaje Ci się że masz dość, a jednak biegniesz dalej, mierząc się z samym sobą i swoimi słabościami.
I nie możesz się na chwilę zatrzymać, bo wiesz, że będzie jeszcze gorzej, że już nie ruszysz. Walcz z grzechem, bo stawką jest twoje zmartwychwstanie.

Amen.

ks. Piotr Iwanek