Aktualności Homilie

II NIEDZIELA WIELKANOCNA – Święto Bożego Miłosierdzia – 19 kwietnia 2020 – kazanie

Nie znajdziemy, dopóki…

Słowo na Niedzielę Miłosierdzia Bożego

Nie marnuj życia świadectwo młodego chłopaka. Do siedzącego przy śniadaniu w szpitalnej stołówce Centrum Onkologii zamyślonego księdza podszedł mocno wychudzony chłopak w kraciastej piżamie ze swoim skromnym posiłkiem na tacy:
– Można się do księdza dosiąść?
– Jasne – przytaknął jakby nadal nieobecny facet w koloratce.
– Ksiądz tutaj to do kogoś, czy ze sobą? – kontynuował pytania chłopak.
– Ze sobą, ale to początek drogi – odpowiedział ksiądz wciągając się w rozmowę – Z lekarzem już wiemy, że jest, ale nie wiemy z jakiej grupy i w jakim stopniu rozwoju.
– Ksiądz się nie martwi – uśmiechnął się chłopak – Niech ksiądz żyje najzwyczajniej normalnie jak dotąd.

– A czy teraz ja mogę ci zadać pytanie? – zwrócił się z badawczym wzrokiem ksiądz, który był pewien, że siedzący przed nim łysy młodzieniec przypominający bardziej cień człowieka o niemal trupim wyglądzie skóry musi być onkologicznym pacjentem dość długo.

– Niech ksiądz pyta. Powiem jak na spowiedzi – roześmiał się chłopak.
Ksiądz dość niepewnie jakby wiedział, że o pewne rzeczy nie wypada wypytywać mimo wszystko zapytał przyciszonym głosem:

– Jesteś młody, bardzo młody i tak bardzo chory. Nie masz o to żalu? Żalu do Boga? Żalu do świata? Żalu do losu?.

– Proszę Księdza, mam obecnie 21 lat i choruję na raka od 16 roku życia – zaczął odpowiadać młodzieniec, jakby przygotowany na to pytanie – I nic lepszego nie mogło mi się przytrafić.

Jak miałem 14 lat mój tata wyprowadził się do młodszej kobietki niż mama. Moje gimnazjum – szkoda gadać – myślałem, że tak mało zgranej społeczności szkolnej nie ma na świecie. A ja? Wypieszczony jedynak. Spadochroniarz z podstawówki. Taki typowy gnojek bez ambicji, bez chęci do nauki i bez chęci do pobożnego życia. Właściwie bez chęci do normalnego życia. Proszę mi wierzyć księże, że mimo bierzmowania wcale mi też nie było z Panem Bogiem po drodze.
I przyszła zmiana.

Kiedy zachorowałem rodzice umówili się, że będą mnie odwiedzać w klinice naprzemiennie, aby nawet się nie spotkać na szpitalnym korytarzu, ale ekonomia wzięła górę i tata zaproponował, że skoro codziennie do mnie przyjeżdża, to może zabierać matkę po drodze. Po jednym z powrotów ode mnie tata wysadzając mamę pod blokiem zapytał czy może wrócić. Wrócił I tak już zostało. Po roku urodził mi się braciszek, a lekarz zgodził się na przepustkę, abym został chrzestnym. Wiem, że nie zdążę założyć własnej rodziny, ale mam już dzieciaka jak swojego i do tego brata! I mogę się cieszyć z jego rozwoju, śledzić jak rośnie i jakie robi postępy. I jestem przekonany, że jak mnie już nie będzie, to będzie komu jeździć na mojej deskorolce, a rodzice na starość nie zostaną sami.

A w gimnazjum z powodu mojej choroby najpierw zintegrowała się moja klasa, a wkrótce cała szkoła… Bal charytatywny jeden, drugi… Rozgrywki sportowe… Aukcje przedmiotów i autografów jakiś sławnych ludzi, którzy pewnie mnie nie znają… Mi już żadna kasa nic nie pomoże, a oni tak się rozkręcili, że chcą dalej wspólnie działać.
Proszę księdza – zawsze chciałem mieć tatuaż na łydce, ale matka twierdziła, że to gadżet kryminalistów. I niech Ksiądz spojrzy jaka plecionka. Gdybym nie zachorował mógłbym sobie ją z głowy wybić młotkiem.

I chyba najważniejsze: uważam, że jest ogromnym przywilejem wiedzieć, że miesiące, tygodnie i dni się kończą. I w pewnym momencie okazało się, że jestem taki uprzywilejowany, że już nic nie da się zrobić.

Po pierwsze – swoje dni przestałem marnować na głupoty, na kłótnie, na uprzykrzanie życia innym. W miarę możliwości naprawiłem wyrządzone szkody i napisałem kilka listów do ludzi, których skrzywdziłem – w tym do mojej wychowawczyni.
Po drugie – rozdysponowałem też swoje rzeczy i nagrałem komórką kilka godzin monologu z myślą o moim braciszku. Jestem też przygotowany na spotkanie z Bogiem odnawiając życie sakramentalne i zaprzyjaźniając się z Matką Bożą przez codzienny różaniec póki sił mi starczy.

Proszę księdza – aż trudno w to uwierzyć, ale ten mój nowotwór przyniósł w życiu tyle dobra. Nie trzeba bać się śmierci. Trzeba bać się zmarnować swoje życie.
.
.
* Michał zmarł w niespełna 4 miesiące po naszej rozmowie – w Święto Matki Bożej Różańcowej – 7 października. Źródło: https://gloria.tv/post/GKa9kcMXzkFG3FtM8udYeFGnC

Kiedy zaczynamy czytać historie jak ta , na początku może pojawić się niepokój. Dobrze znamy to uczucie, należy do tych, które są trudne, których nie lubimy i wolimy, aby były jak najrzadszym gościem w naszym życiu,  jednak z tym bywa różnie, zwłaszcza w obecnej sytuacji, która dla wielu nie jest już tylko powodem do niepokoju, ale potężną falą, z którą trudno sobie poradzić.  Ale obecna sytuacja nie jest jedyną, która sprawia, że rodzi się w nas niepokój. Ileż razy wcześniej doświadczaliśmy go w naszym życiu? Chyba każdy mógłby wiele powiedzieć na ten temat. Długotrwałe trwanie w tym stanie może rodzić wiele bolesnych skutków, łącznie z tymi, które odbijają się na wzajemnych relacjach, a nawet zdrowiu. Dlatego dziś jeszcze aktualniejsze staje się pytanie: Gdzie w tym wszystkim jest Pan Bóg?

Nie jesteśmy pozostawieni bez odpowiedzi. Ewangelia przeznaczona na 2 Niedzielę po Wielkanocy pokazuje ludzi, którzy doświadczyli takiego stanu. Apostołowie Mistrza z Nazaretu doświadczyli tak ciężkiej próby, że ich świat mocno się zachwiał. Ten, na którym budowali wcześniej swoje życie, został brutalnie zamordowany. Zostali sami. Co więcej, zdają sobie sprawę, że ich też może czekać los, który spotkał ich Pana. Dlatego pełni niepokoju   zamknęli się razem, nie wiedząc co przyniosą nadchodzące godziny… A przyniosły to, co całkowicie ich zaskoczyło! Wieczorem na trzeci dzień po śmierci Jezusa, nagle On sam przyszedł do nich, pomimo  zamkniętych drzwi! Przychodzi nie po to, aby dać im tanią pociechę, ale wlać w ich serca lekarstwo, wlać w nie nadzieję, że On żyje! A skoro żyje, to wszystko czego nauczał jest prawdą, jest słowem życia. Ich największe obawy ustąpiły miejsca niewypowiedzianej radości  i poczuciu pokoju. Jednak warto postawić jeszcze  jedno nurtujące pytanie: Czy Chrystus nie wiedział, co będzie się z nimi działo po Jego śmierci? Wiedział. Czy wobec tego  nie starał się ich przygotować na tak wielką próbę? Robił to wielokrotnie. To dlaczego to ”nie zadziałało”, kiedy On oddał swoje życie na krzyżu? Czego zabrakło? Zaufania. Zaufania, które oznacza, że słowo Boże jest prawdą, jest niezawodnym oparciem i wtedy, kiedy przychodzi trudna próba, to w nim należy szukać  siły i nadziei. Tymczasem uczniowie bardziej skupili się na swoich lękach niż na  obietnicy, którą przekazał im Syn Boga. Zgubienie Go z oczu powoduje, że człowiek zostaje sam ze swoimi obawami, niepokojem i bólem.

Jest jeszcze jedna informacja łącząca się omawianym tematem. Dramatyczna historia pewnego mężczyzny   pokazuje, czym ona jest: https://www.gosc.pl/doc/6248288.Ufaja-Bozemu-milosierdziu. Kiedy człowiek, który był na dnie zaczyna żyć inaczej, jako osoba wolna, jest to szczególny dowód. Czego? Potęgi Bożego Miłosierdzia. Oznacza ono nieskończoną miłość, poprzez którą Bóg nieustannie pochyla się nad słabym człowiekiem, przychodzi do niego oferując znacznie więcej niż może oczekiwać…Jak można otworzyć się na to miłosierdzie? Kluczem jest zaufanie. Jemu. Na obrazie przedstawiającym Boże miłosierdzie widnieje napis: Jezu ufam Tobie. Ufam czyli ze wszystkich sił przyjmuję Twoje słowo  i chcę za nim iść. Lektura „Dzienniczka” św. Faustyny Kowalskiej to wielka szansa odkrycia, jakim darem i ratunkiem dla ludzi jest Boże Miłosierdzie. Pan Jezus przekazał obietnice wobec tych, którzy będą zwracali się do Jego miłosierdzia: „Nie znajdzie ludzkość uspokojenia, dopóki nie zwróci się z ufnością do mojego Miłosierdzia ( Dz. 300 ).

Dzisiejsza niedziela jest szczególnym dniem. Jest świętem Bożego Miłosierdzia. Jego uczczenie dokonuje się poprzez ufność, pokładaną najpierw w Jezusie Zmartwychwstałym. Dzięki niej rodzi się to wszystko, czego dziś najbardziej potrzebujemy.

Ks. Zbigniew